Dla Nieba urodzony (cz. I)

Jakiś piąty raz zabieram się do napisania tego wpisu. I zupełnie nie wiem jak zacząć. Jest to historia jednego chłopca, Dominika, który, choć nawet nie miał szansy spojrzeć na świat tu na ziemi, to swoim istnieniem pokazał ogrom jego piękna oraz Bożej i ludzkiej miłości.

Czytałam i słyszałam już różne doświadczenia szpitalne rodziców, którzy stracili swoje dzieci – bywają one bardzo przykre. I może też dlatego chcę o tym napisać, żeby pokazać jak może być inaczej i lepiej. U nas było idealnie. W szpitalu było mi dobrze na tyle, na ile może być w takiej tragedii. Lekarze, zwłaszcza stykający się ze śmiercią bezpośrednio, mają w swoim powołaniu chyba pewnego rodzaju styk ze świętym momentem. Na co dzień muszą walczyć o życie nie tracąc przy tym swojego. To musi być niesamowicie trudne i za to ich podziwiam. Jednocześnie pracują tak ciężko i długo, że trudno wymagać od nich ponadludzkiej siły (tej psychicznej również) – stąd może te gorsze doświadczenia innych rodziców? Nie wiem. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie wiem też, jak bym się czuła będąc na miejscu tych matek i ojców, którzy nie byli potraktowani z taką empatią, jakiej potrzebowali w czasie straty własnego dziecka. Jednak myślę, że ważne jest podzielić się właśnie tym dobrym doświadczeniem.

11 czerwca 2018 roku wybieraliśmy się z moim Mężem na badanie USG w połowie ciąży. Byliśmy podekscytowani jak przed każdym wcześniejszym badaniem, niecierpliwi, aby zobaczyć jak teraz wygląda nasz Syn. Po rutynowych pytaniach i jak zawsze sympatycznej rozmowie z Panią Doktor zobaczyliśmy go. Był już taki duży! 😊 Dominik specjalnie się nie ruszał, leżał bardzo spokojnie. Mówiliśmy o tym, że od jakiegoś czasu wydaje się nam, że czujemy jego ruchy (ponieważ to pierwsza ciąża, nie wiem czy dobrze to rozpoznawaliśmy). W pewnym momencie Pani Doktor spytała kiedy ostatni raz czułam jakieś ruchy. Powiedziałam, że wczoraj wieczorem, bo jeszcze pamiętam jak Jacek przykładał rękę, żeby je poczuć. A w dniu wizyty to nie pamiętam, ale chyba nie czułam. Zupełnie nie przejęłam się tym pytaniem (Jacek potem powiedzipo mi, że wtedy zaczął się niepokoić), a Pani Doktor skupiona uważnie badała Dominika, po chwili mówiąc z przejęciem, że pyta o ruchy, bo serduszko nie bije……….

Nie będę opisywać co się działo w tamtym momencie z nami, bo to jest nie do opisania. Nie było żadnych krzyków, czy złości, ale mojego Męża tak bladego nigdy nie widziałam. Pani Doktor za to swoim zachowaniem i słowami okazała nam dużo wsparcia i współczucia. Już od pierwszej wizyty u niej wiedzieliśmy, że dobrze trafiliśmy, ale 11 czerwca (i do czasu porodu i po nim) przekonaliśmy się, ile Pani Doktor ma empatii i dobra w sobie.

Wróciliśmy do domu po drodze informując Rodzinę, że jutro rano musimy jechać do szpitala. Nigdy wcześniej nie leżałam w szpitalu, ale jakoś poradziliśmy sobie ze spakowaniem się. Tej nocy spaliśmy może godzinę.

W szpitalu na Izbie Przyjęć przyjęła nas też młoda bardzo miła Pani Doktor, której towarzyszyły 2 studentki (tak myślę, że to były studentki). Musiała potwierdzić diagnozę naszej Pani Doktor, więc zrobiła jeszcze jedno USG. Przy tym odnosiła się do całej sytuacji z ogromnym szacunkiem i na samym wstępie powiedziała, że jej przykro. To, co mnie bardzo ujęło, chociaż chyba jej za to nie podziękowałam, to fakt, że jak już widziała na monitorze Dominika i potwierdziła, że nie żyje, spytała mnie, czy może pokazać obraz tym dwóm studentkom, które były w pewnym oddaleniu i nie widziały badania. Oczywiście zgodziłam się, ale sam fakt, że miałam możliwość podjęcia decyzji był niesamowicie dla mnie wzruszający. Nie zrobiła tego odruchowo uważając, że to tylko badanie i studenci muszą się przecież skądś uczyć… Spytała mnie czy może…. ❤ Dzisiaj jeszcze wzruszam się wspominając jej osobę tamtego dnia.

Jacek był oczywiście cały czas ze mną i przeżywał to wszystko nie mniej niż ja. Pani Doktor z wyczuciem tonu i słów powiedziała co nas teraz czeka i jak to będzie wyglądało. Mieliśmy następnie zgłosić się na oddział ginekologii i ginekologii onkologicznej, na którym w tamtym momencie był lekki harmider, bo była to pora kiedy pacjentki zgłaszały się na chemię i czekały na swoją kolej. Po wypełnieniu dokumentów usiedliśmy razem na fotelu w pokoju dziennym z innymi pacjentami i czekaliśmy na łóżko, bo akurat wszystkie były zajęte.

Po jakimś czasie dostaliśmy informację, że nasza sala jest wolna i możemy do niej już wejść. To był pokój 1-osobowy, który akurat tego dnia został zwolniony przez inną pacjentkę. Mogliśmy być sami w ciszy i spokoju przeżywając to, co mamy do przeżycia. Nie było obok kobiet w ciąży, nie było zbędnego włączonego ekranu telewizora. Nasza Pani Doktor wywalczyła dla nas tę salę i się udało. Ja w samotności czuję się bardzo dobrze, samotność jest dla mnie sprzymierzeńcem – zwłaszcza w trudnych chwilach. Mój Mąż ma z kolei inaczej, bo w trudnych sytuacjach potrzebuje towarzystwa – na szczęście miał to wsparcie od Rodziny ❤

Dobrze mieć kochających Przyjaciół, dobrze mieć kochającą Rodzinę.Więcej nie dam rady napisać za jednym razem, z resztą chyba byłoby za długo. Będzie to podzielone na dwie albo trzy części. Ta jest pierwsza, ale już teraz czuję, że dobrze się tym podzielić. Życie może być prywatne i ukryte – i nie ma w tym nic złego. Sama miałam w ostatnim czasie różne wątpliwości co do tego, czy dobrze robię pisząc, czy może nie przekraczam pewnych granic (swoich, Męża, czy innych osób w tej sytuacji po stracie), ale dochodzę teraz do pewnych wniosków. Po różnych rozmowach z dobrymi Duszami 😊 Życie może być też pokazane, bo co z tego, że je schowam, jak i tak wszyscy idziemy w tym samym kierunku? Co z tego, że ktoś coś o mnie pomyśli? Że za bardzo się odsłaniam? To jest nie ważne, bo i tak się spotkamy i odsłonimy na samym końcu. A żyjemy ze sobą już tu na ziemi i możemy dawać z siebie to co najlepsze. Ja dzielę się tym, co u nas jest najlepsze – nie sobą, bo chcę to robić w pokorze i nie ja jestem tu bohaterem, ale nasze doświadczenia, z którymi mniej lub bardziej musimy sobie radzić. Jak każdy.

Jak trumna…

Był czas, kiedy w oczekiwaniu na narodziny Dominika powiedziałam kilku zaufanym osobom, że czuję się, jakbym była trumną  Na poród czekaliśmy prawie 4 doby ze świadomością, że w końcu musi on nadejść i może pojawić się w każdej chwili. To czekanie zdaża się, że trwa kilkanaście godzin, nam akurat przyszło oczekiwać dłużej, bo mój organizm nie reagował na leki tak od razu.

O tym moim samopoczuciu powiedziałam też Mężowi. To, co mi odpowiedział, mogłaby usłyszeć każda kobieta, która jest w tej sytuacji. Mi, jako osobie wierzącej, przyniosło to niesamowitą zmianę perspektywy. Oto jak wyglądała ta rozmowa:

Ja: Czuję się jak trumna.. 😢

Jacek: Ale Ty jesteś teraz jak Monstrancja, bo przecież nosisz świętego w sobie. Dominik jest już w niebie święty👼

Ja: Monstrancja na pewno nie, bo w Monstrancji Pan Jezus jest żywy, a Dominik nie żyje… Jednak jest to trumna…

Jacek: Racja. W takim razie jesteś jak relikwiarz 

I to było coś, co w tamtym momencie zmieniło o 180st moje myślenie o sobie 

„Bóg jest Dobry” – list do Dominika

Miał być wpis pt. „Powitanie i pożegnanie zarazem…”, w którym piszę o tym, co działo się, kiedy dowiedzieliśmy się, że Dominik już nie żyje. Nie potrafię o tym pisać, nie wiem czy kiedykolwiek będę mogła. Na ten moment wydaje mi się to już zbyt osobiste przeżycie, tym bardziej, że trudno się do niego wraca. Nie napiszę więc o nim (przynajmniej na razie), ale podzielę się z Wami pewnym listem.

O tym, że Dominikowi przestało bić serce dowiedzieliśmy się 11 czerwca (poniedziałek), 15 czerwca (piątek) urodził się, a 18 czerwca (poniedziałek) odbył się jego pogrzeb. Cały ten tydzień był czasem tak trudnych przeżyć, jakich jeszcze w życiu nie doświadczyliśmy, ale był to zarazem czas niesamowicie piękny, bo i Dominik był piękny w całej swojej nieziemskiej istocie.

Długo zastanawiałam się, czy dzielić się aż tak szeroko naszym listem do Dominika. Przeczytałam go na mszy pogrzebowej naszego Syna. Zdecydowałam się ostatecznie podzielić się nim z Wami głównie z powodu pytań różnych osób o ten list. Poza tym pokazuje on chyba najbardziej nasze przeżycia w tamtym czasie i nieumiejętne próby wyrażenia tego, czego nie da się wyrazić. Nigdy nie byłam tak blisko Pana Boga, jak wtedy, kiedy żegnaliśmy Dominika. I nie umiem tego przeżywać inaczej niż tylko z Bogiem, bo bez wiary i nadziei nie byłoby w nas miłości, a nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak przeżywalibyśmy to wszystko bez chwytania się Boga właśnie.

“Pan Bóg jest Dobry” – to pierwsze słowa Twojego Taty, które powiedział po wizycie u lekarza, kiedy dowiedzieliśmy się, że Twoje serduszko przestało bić. I te słowa powtarzały się później każdego dnia wielokrotnie.

Pytanie „dlaczego” będzie pewnie wracać do nas ze łzą jeszcze nie raz. I tutaj znowu Twój Tata pokazuje mi ogromną wiarę i dojrzałość. Mówi, że nie ma sensu doszukiwać się tej chyba niemożliwej do znalezienia przyczyny, bo „ścieżki Boga nie są naszymi”. I ja też przyjmuję to co się stało z wiarą i większym spokojem właśnie dzięki Twojemu Tacie.

Mocno wierzymy w to, że teraz sam Pan Jezus bierze Cię na ręce, bo Tata nie może, Maryja przytula do swojego Serca, bo Mama już nie może, a Ty biegasz z małymi Przyjaciółmi, którzy też znaleźli się w niebie, jak dla nas, za szybko, ale dla Boga w samą porę. Wszystkie te dzieci mamy w pamięci i wierzymy, że są szczęśliwe. Bez względu na to, ile czasu miały tu na ziemi. Ty, Dominiku, byłeś z nami 20 tygodni i za ten czas radości jesteśmy ogromnie wdzięczni. Nawet Twój starszy Brat, Paweł, codziennie witał się z Tobą i przesyłał buziaki.

Dziękujemy Bogu, że mogliśmy się z Tobą godnie i w intymności pożegnać, przytulić Cię i ucałować zaraz po tym, jak się urodziłeś. Byłeś taki piękny! Twoje dłonie były maleńkie jak paznokieć, rączki jak palec, a cały mieściłeś się na obu naszych dłoniach. Było cicho, byliśmy sami, nikt nam nie przeszkadzał. Skończył się ból rodzenia, a pojawił się inny – jeszcze silniejszy wymieszane ze spokojem Twoich cichych ust. Dziękujemy za ludzi, którzy nas tak ogromnie wspierali w tym czasie. Rodzina i Przyjaciele nie ustawali w modlitwie i życzliwej ludzkiej pomocy, a w szpitalu wspaniali lekarze, położne i salowe okazywali ogrom miłości, szacunku, wyrozumiałości i współczucia dla całej naszej trójki.

Dzień po Twoim urodzeniu Przyjaciółka napisała do nas, że już jesteś w niebie i że na pewno ucieszyłeś się widząc siebie w naszych objęciach. Chcemy wierzyć, że tak było. Zawsze będziemy mówić o Tobie jako o naszym drugim Synku.

Ten list jest dla nas jedną z form pożegnania z Tobą, Dominiku. Wierzymy, że spotkamy się kiedyś u Ojca, a do tego czasu bądź naszym orędownikiem. Niech Pan Bóg będzie uwielbiony w Twoim życiu i śmierci.

Przyjaciel Dominika, którego dostaliśmy na pamiątkę od Agnieszki

Niespodzianki

Okazuje się, że życie przynosi więcej niespodzianek, niż moglibyśmy sobie wyobrazić. Podobno jest też wiele takich historii jak nasza, ale w żadnym momencie nie spodziewaliśmy się, że i nam się przydarzy.

Pokrótce przypomnę, że przez jakieś 5 lat po ślubie staraliśmy się bezskutecznie o dziecko. W tym był rok leczenia, próby „dawania sobie spokoju”, „nie myślenia o tym” (nie wiem, może ktoś ma inne doświadczenie, ale dla nas było to niemożliwe w tamtym momencie). Aż wreszcie decyzją o adopcji zaczęliśmy oczekiwać naszego pierwszego synka, Pawła. I, co ciekawe, od rozpoczęcia szkolenia na rodziców adopcyjnych do poznania Pawełka minęło nie mniej nie więcej, a 9 miesięcy! 😊

Razem z naszym tak wyczekiwanym członkiem rodziny pojawiło się więcej spokoju, wreszcie radość, jeszcze więcej miłości. Oczywiście jesteśmy normalni i trudy też były i są, ale sens życia i robienia czegokolwiek wreszcie został ukierunkowany.

Skończył się urlop macierzyński, wróciłam do pracy, a Paweł miał cudowną nianię (i ciągle ma 😊) – swoją drogą żłobka nie polecam nikomu. Na początku mojego powrotu do pracy co prawda więcej byłam w domu niż w pracy, bo akurat czas chorób, z których ciężko było nam wyjść, ale nastał luty i już było lepiej. Chodziłam do pracy, byłam zadowolona, zdrowo tęskniłam za Pawełkiem i cieszyłam się powrotami do niego.

Mniej więcej w połowie miesiąca zaczęłam zastanawiać się co się dzieje z moim cyklem. Przypomniałam sobie, kiedy był początek i okazało się, że według obliczeń zaraz powinien pojawić się kolejny. Minęło kilka dni, a tu nic. Pomyślałam, że pewnie nie pamiętam dobrze dat, bo nic nie zaznaczałam i jeszcze chwila i będzie. Już coś zaczynało mi świtać w głowie, ale w ogóle nie chciałam się na tym skupiać. Ile to razy zbyt szybko robiłam testy ciążowe, albo wydawało mi się, że coś inaczej czuję i już spodziewałam się ciąży, której wcale nie było. Zatem starałam się nic nie brać do głowy.

Pozytywny test ciążowy z 22.02.2018 r.

Pomyślałam, że poczekam do końca tygodnia i jak będzie cisza, to w piątek 23 lutego zrobię test. W czwartek już nie wytrzymałam, chciałam zrobić test wieczorem, nie wytrzymałam jeszcze bardziej i zrobiłam zaraz po przyjściu z pracy. Byłam sama z Pawłem w domu. Jeszcze kilka lat temu oczekiwałabym 2 kresek, których nigdy nie było, wypatrywałabym, szukała z bliska pod różnym kątem do światła tej drugiej może chociaż ledwo widocznej. Tym razem byłam przekonana, że i tak nic nie będzie i nawet nie zdążyłam odwrócić głowy, a 2 kreski się pojawiły. Tak wyraźne, że nie wierzyłam, że je widzę. I to dosłownie – naprawdę nie wierzyłam własnym oczom. Miałam tylko 1 test, więc nie mogłam go nawet powtórzyć. Pomyślałam też przez moment, że może jest zepsuty, ale z drugiej strony przecież już nawet czasowo mogłoby się zgadzać to, że…. JESTEM W CIĄŻY.

Pierwsze myśli były różne. Patrzyłam na Pawła i przez moment pomyślałam, że chyba wolałabym drugi raz adoptować niż urodzić. To oczywiście szybko minęło. Nie zrozumcie mnie źle. W tej myśli chodziło tylko o to, że adopcję znam i jest piękna, i polecam ją każdemu, kto jest na nią gotowy i otwarty. Ciąża natomiast była czymś zupełnie nowym i nieznanym.

I tak… Tyle zdążyłam napisać na kartce (dzisiaj nic nie zmieniłam) 11 czerwca jeszcze przed wizytą u naszej Pani Doktor. Tego dnia po południu mieliśmy mieć badanie połówkowe w 21 tygodniu ciąży. Pomyślałam wtedy, że wieczorem skończę tekst, dodam nowe zdjęcia z USG i podzielę się z Wami tą radością w jakiś sposób. To co napiszę dalej może mieć zupełnie inny wydźwięk, bo i emocje już są inne. Na badaniu 11 czerwca okazało się, że serduszko naszego drugiego synka, któremu daliśmy na imię Dominik, przestało bić… ☹ O tym dniu i o tym, co było później, napiszę za kilka dni. Nie wiedziałam, czy dzielić się z Wami przeżyciami z radości poczęcia, które przeczytaliście przed chwilą, ale z drugiej strony, ten czas był. Dominik i radość z niego była z nami przez całe 20 tygodni i tego nie wymażemy i nie chcemy wymazywać. Także dzisiaj dokończę właśnie o tym – już krótko. Pisanie i mówienie o Dominiku jest dla mnie pomocą w trudnym czasie i formą terapii bez względu na to, czy ktoś to czyta, czy nie i jakie są na to reakcje. Także niczego nie oczekuję i nie wiem, jak to przyjmujecie. Ja tego potrzebuję, a jeśli ktoś wyciągnie z tego coś dla siebie, to też dobrze. Sprawy, którymi się tu dzielę, są najbardziej intymnymi i trudnymi z życia mojego i naszego (bo Męża przecież też bardzo odsłaniam w tym wszystkim, ale mam na to Jego zgodę).

Zatem, jeszcze przed 11 czerwca…

Po pozytywnym teście i czekaniu na Męża, aż wróci z pracy, bardzo stresowałam się tym, jak mu powiedzieć. Kiedy w końcu wieczorem przyjechał i usiadł obok, serce waliło mi jak młotem. Chyba z wątpliwości czy uwierzy albo jak przyjmie nowinę o ciąży.

Powiedziałam i chyba na początku nie mógł uwierzyć, więc pokazałam test. Wzruszyliśmy się oboje ogromnie. Jest osobą, która bardzo silne przeżycia potrzebuje wypowiedzieć na zewnątrz, więc zadzwonił od razu do swojego Brata. Wtedy, kiedy o tym mówił, chyba jeszcze bardziej dotarło do niego, że jestem w ciąży. Oczywiście to był tylko test, ale kiedy następnego dnia krew potwierdziła tę nowinę, to już tyko czekaliśmy na wizytę u lekarza, który potwierdzi, że wszystko jest OK i na swoim miejscu 😊

USG z 20.04.2018 r.

Rodzicom i Rodzeństwu powiedzieliśmy od razu po badaniu krwi. Niektórzy czekają z takimi informacjami np. do końca 3 trymestru, kiedy już jest bezpieczniej, ale my uznaliśmy, że skoro ciąża jest, dziecko jest, to bez względu na to, czy wszystko jest w porządku, nie wyprzemy się tego i nie widzimy powodu, żeby im o tym nie powiedzieć. Radość była przeogromna! Mój Tata zaczął krzyczeć, Mama płakać, Jacka Rodzice też płakali i powiedzieli, że to nowina dekady 😊 Podobnie wszyscy, którym mówiliśmy. Czułam wtedy, że wszyscy dookoła cieszą się bardziej niż ja. Ja chyba ciągle nie mogłam uwierzyć. Na pierwszym badaniu u naszej Pani Doktor Dzidzia się pokazała na swoim miejscu i wszystko było w jak najlepszym porządku 😊 Dopiero wtedy moja świadomość urosła 😊

Na każdym kolejnym badaniu wszystko było wręcz idealnie. Dominik pokazał, że jest chłopcem, więc już wiedzieliśmy jak się do Niego zwracać. Paweł wiedział, że w mamy brzuszku jest Dzidzia, że ma na imię Dominik i też witał się z nim codziennie całując i głaszcząc.

Zdjęcie z 9.06.2018 r.

Jak widać na zdjęciu, wreszcie też zaczęłam rosnąć, a raczej rósł Dominik 😊 Byłam bardzo szczęśliwa i dumna z tego brzuszka! Jacek codziennie mówił, że jest coraz większy i piękny, i codziennie zaznaczał jakie to niesamowite, że jestem w ciąży.

Do pracy przestałam chodzić mniej więcej w połowie kwietnia, bo wstawanie codziennie rano o 5, powrót do domu o 16, czas, który chciałam spędzić później z Pawłem, odbierały mi siły na cokolwiek innego. Będąc na zwolnieniu zaczęłam czuć się bardzo dobrze i bardzo cieszę się z tego czasu – ze względu na siebie i Dominika, ale też ze względu na Pawła, bo byłam z nim, a obserwowanie jak rośnie i nabiera co raz to nowych umiejętności, wyrażania emocji i towarzyszenie mu w tym jest najlepszym sposobem na spędzanie dla mnie czasu.

No i miało być krótko… Ale był to chyba zbyt długi czas. Mój blog przez moment był niedostępny, bo będąc w ciąży myślałam o zaprzestaniu pisania i skupieniu się na rodzinie i naszym życiu, bez takiego odsłaniania się światu. Parę dni temu na szczęście okazało się, że blog ciągle istnieje na serwerze i mój zdolny Mąż przywrócił funkcjonowanie go dla mnie ♥ Właśnie dlatego, że potrzebuję dzielić się tym, co przeżywam.

Tyle o ciąży i cudownym Dominiku, który zmienił nasze życie bardziej niż cokolwiek innego. Za kilka dni napiszę o tym trudniejszym wymiarze jego istnienia.

Mama niejedno ma imię, a ja JESTEM MAMĄ właśnie

Myślę sobie, co mogłabym zrobić, gdybym nie była mamą…

Mogłabym wyjść z Mężem na randkę, kiedy tylko mielibyśmy na to ochotę. Mogłabym spać do południa w niedzielę po towarzysko spędzonym sobotnim wieczorze. Mogłabym obejrzeć film do końca, skoro już zacznę go oglądać. Mogłabym skorzystać z toalety za zamkniętymi drzwiami. Mogłabym w spokoju wypić kawę i cieszyć się porządkiem w domu (tu się zatrzymam – serio, kiedyś myślałam, że miałam bałagan w domu … ;P).
Czytaj dalej Mama niejedno ma imię, a ja JESTEM MAMĄ właśnie

Bałaś się?

Wracamy po przerwie!

Pisałam TUTAJ o ogromie miłości i szczęścia przy podjęciu decyzji o adopcji Pawła. No bo jak to jest możliwe, żeby się nie zakochać w nim od razu? 😉 Nie było to takie proste jak może się jednak wydawać. Miłość i szczęście były – to nie ulega wątpliwości, ale mówiąc o miłości (każdej: małżeńskiej, rodzicielskiej, między przyjaciółmi, …), mam na myśli decyzję, bo tym właśnie ona jest. Nie jest uczuciem. Uczucia się zmieniają, decyzja zostaje i rośnie, ale musi być prawdziwa. Była prawdziwa, jak prawdziwy jest nasz Syn.

Z drugiej strony przecież uczucia są też bardzo ważne, w miłości rodzicielskiej powiedziałabym niezbędne (przynajmniej dla mnie). Ostatnio na weselu w rodzinie poznaliśmy cudowną młodą mamę, która adoptowała malutką córeczkę. Poznaliśmy się tuż przed naszym wyjazdem, dlatego za dużo nie porozmawialiśmy, ale żegnaliśmy się 3 razy, bo nie mogliśmy skończyć wymiany opowieści 😊 Właśnie ta mama spytała nas, czy nie baliśmy się, że nie zaiskrzy, że nie będzie tej miłości do dziecka, jaka zwykle jest u rodziców. Okazało się, że mamy w tym względzie podobne doświadczenia.

Oczywiście baliśmy się i możliwe, że obawia się tego sporo osób, które mają zostać rodzicami. Może nawet obawa ta nie dotyczy tylko rodziców adopcyjnych – nie wiem (?). Tylko, co wtedy? Decyzja już jest, dziecko jest…

Miłość też jest.

Wiecie co przyniosło te cudowne uczucia? Fakt, że Paweł był i jest tak bezbronny i tak bardzo zależny od nas. Chyba o to właśnie chodzi, że kiedy doświadczamy tak ogromnej odpowiedzialności, widzimy jak ona wdzięcznie wraca do nas w spojrzeniu dziecka, jego uśmiechu, spokoju, śnie, później w przytuleniu, widocznej tęsknocie – wtedy pojawiają się też te piękne uczucia, które miłość cudownie ubogacają.

Nasze obawy okazały się czymś zupełnie normalnym, tak jak normalne okazało się nie to, że były niepotrzebne (bo były – tak myślę), ale to, że ich przezwyciężenie było prostsze niż przypuszczaliśmy i zupełnie niezależne od nas 😊

Kiedyś tak nie było, ale teraz codziennie w naszych „4 ścianach” słychać szczery śmiech. Umiem wrócić pamięcią do trudnego okresu starań (zwykle kiedy rozmawiam z kimś, kto właśnie to przeżywa), ale to sprawia tylko, że jeszcze mocniej doceniam nasze wspólne życie dzisiaj i innego już sobie nie wyobrażam.

Uściski od szczęśliwej mamy!

„Mamo, kocham Cię” po raz pierwszy

Pamiętasz wpis o tym, jak mówiłam, że czasem wydawało się, że nigdy to nie nastąpi?

„Nie możesz zostać matką. Może nigdy nie zostaniesz. Nigdy nie poczujesz ciepła swojego dziecka tulącego się do Ciebie. Nigdy nikt nie powie do Ciebie „Mamo”.” – możesz przeczytać o tym TUTAJ.

Niewiarygodnym dla mnie jest to, że jak tamten wpis powstał, po krótkim czasie zadzwonił ośrodek adopcyjny z informacją, że Paweł na nas czeka!

Czytaj dalej „Mamo, kocham Cię” po raz pierwszy

7 wiosen

Jakby ktoś 7 lat temu powiedział mi, jak będzie wyglądać moje małżeństwo i przez co będziemy razem z moim Mężem przechodzić, nie wiem, czy bym się zdecydowała. Wtedy. Nastawialiśmy się oboje na coś zupełnie innego – samo szczęście, dzieci, radość. Jednak jeśli dziś miałabym podjąć jeszcze raz decyzję i przejść przez to samo od nowa – zgodziłabym się bez wahania i z nieziemską radością 🙂 Czytaj dalej 7 wiosen