Dla Nieba urodzony (cz. I)

Jakiś piąty raz zabieram się do napisania tego wpisu. I zupełnie nie wiem jak zacząć. Jest to historia jednego chłopca, Dominika, który, choć nawet nie miał szansy spojrzeć na świat tu na ziemi, to swoim istnieniem pokazał ogrom jego piękna oraz Bożej i ludzkiej miłości.

Czytałam i słyszałam już różne doświadczenia szpitalne rodziców, którzy stracili swoje dzieci – bywają one bardzo przykre. I może też dlatego chcę o tym napisać, żeby pokazać jak może być inaczej i lepiej. U nas było idealnie. W szpitalu było mi dobrze na tyle, na ile może być w takiej tragedii. Lekarze, zwłaszcza stykający się ze śmiercią bezpośrednio, mają w swoim powołaniu chyba pewnego rodzaju styk ze świętym momentem. Na co dzień muszą walczyć o życie nie tracąc przy tym swojego. To musi być niesamowicie trudne i za to ich podziwiam. Jednocześnie pracują tak ciężko i długo, że trudno wymagać od nich ponadludzkiej siły (tej psychicznej również) – stąd może te gorsze doświadczenia innych rodziców? Nie wiem. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie wiem też, jak bym się czuła będąc na miejscu tych matek i ojców, którzy nie byli potraktowani z taką empatią, jakiej potrzebowali w czasie straty własnego dziecka. Jednak myślę, że ważne jest podzielić się właśnie tym dobrym doświadczeniem.

11 czerwca 2018 roku wybieraliśmy się z moim Mężem na badanie USG w połowie ciąży. Byliśmy podekscytowani jak przed każdym wcześniejszym badaniem, niecierpliwi, aby zobaczyć jak teraz wygląda nasz Syn. Po rutynowych pytaniach i jak zawsze sympatycznej rozmowie z Panią Doktor zobaczyliśmy go. Był już taki duży! 😊 Dominik specjalnie się nie ruszał, leżał bardzo spokojnie. Mówiliśmy o tym, że od jakiegoś czasu wydaje się nam, że czujemy jego ruchy (ponieważ to pierwsza ciąża, nie wiem czy dobrze to rozpoznawaliśmy). W pewnym momencie Pani Doktor spytała kiedy ostatni raz czułam jakieś ruchy. Powiedziałam, że wczoraj wieczorem, bo jeszcze pamiętam jak Jacek przykładał rękę, żeby je poczuć. A w dniu wizyty to nie pamiętam, ale chyba nie czułam. Zupełnie nie przejęłam się tym pytaniem (Jacek potem powiedzipo mi, że wtedy zaczął się niepokoić), a Pani Doktor skupiona uważnie badała Dominika, po chwili mówiąc z przejęciem, że pyta o ruchy, bo serduszko nie bije……….

Nie będę opisywać co się działo w tamtym momencie z nami, bo to jest nie do opisania. Nie było żadnych krzyków, czy złości, ale mojego Męża tak bladego nigdy nie widziałam. Pani Doktor za to swoim zachowaniem i słowami okazała nam dużo wsparcia i współczucia. Już od pierwszej wizyty u niej wiedzieliśmy, że dobrze trafiliśmy, ale 11 czerwca (i do czasu porodu i po nim) przekonaliśmy się, ile Pani Doktor ma empatii i dobra w sobie.

Wróciliśmy do domu po drodze informując Rodzinę, że jutro rano musimy jechać do szpitala. Nigdy wcześniej nie leżałam w szpitalu, ale jakoś poradziliśmy sobie ze spakowaniem się. Tej nocy spaliśmy może godzinę.

W szpitalu na Izbie Przyjęć przyjęła nas też młoda bardzo miła Pani Doktor, której towarzyszyły 2 studentki (tak myślę, że to były studentki). Musiała potwierdzić diagnozę naszej Pani Doktor, więc zrobiła jeszcze jedno USG. Przy tym odnosiła się do całej sytuacji z ogromnym szacunkiem i na samym wstępie powiedziała, że jej przykro. To, co mnie bardzo ujęło, chociaż chyba jej za to nie podziękowałam, to fakt, że jak już widziała na monitorze Dominika i potwierdziła, że nie żyje, spytała mnie, czy może pokazać obraz tym dwóm studentkom, które były w pewnym oddaleniu i nie widziały badania. Oczywiście zgodziłam się, ale sam fakt, że miałam możliwość podjęcia decyzji był niesamowicie dla mnie wzruszający. Nie zrobiła tego odruchowo uważając, że to tylko badanie i studenci muszą się przecież skądś uczyć… Spytała mnie czy może…. ❤ Dzisiaj jeszcze wzruszam się wspominając jej osobę tamtego dnia.

Jacek był oczywiście cały czas ze mną i przeżywał to wszystko nie mniej niż ja. Pani Doktor z wyczuciem tonu i słów powiedziała co nas teraz czeka i jak to będzie wyglądało. Mieliśmy następnie zgłosić się na oddział ginekologii i ginekologii onkologicznej, na którym w tamtym momencie był lekki harmider, bo była to pora kiedy pacjentki zgłaszały się na chemię i czekały na swoją kolej. Po wypełnieniu dokumentów usiedliśmy razem na fotelu w pokoju dziennym z innymi pacjentami i czekaliśmy na łóżko, bo akurat wszystkie były zajęte.

Po jakimś czasie dostaliśmy informację, że nasza sala jest wolna i możemy do niej już wejść. To był pokój 1-osobowy, który akurat tego dnia został zwolniony przez inną pacjentkę. Mogliśmy być sami w ciszy i spokoju przeżywając to, co mamy do przeżycia. Nie było obok kobiet w ciąży, nie było zbędnego włączonego ekranu telewizora. Nasza Pani Doktor wywalczyła dla nas tę salę i się udało. Ja w samotności czuję się bardzo dobrze, samotność jest dla mnie sprzymierzeńcem – zwłaszcza w trudnych chwilach. Mój Mąż ma z kolei inaczej, bo w trudnych sytuacjach potrzebuje towarzystwa – na szczęście miał to wsparcie od Rodziny ❤

Dobrze mieć kochających Przyjaciół, dobrze mieć kochającą Rodzinę.Więcej nie dam rady napisać za jednym razem, z resztą chyba byłoby za długo. Będzie to podzielone na dwie albo trzy części. Ta jest pierwsza, ale już teraz czuję, że dobrze się tym podzielić. Życie może być prywatne i ukryte – i nie ma w tym nic złego. Sama miałam w ostatnim czasie różne wątpliwości co do tego, czy dobrze robię pisząc, czy może nie przekraczam pewnych granic (swoich, Męża, czy innych osób w tej sytuacji po stracie), ale dochodzę teraz do pewnych wniosków. Po różnych rozmowach z dobrymi Duszami 😊 Życie może być też pokazane, bo co z tego, że je schowam, jak i tak wszyscy idziemy w tym samym kierunku? Co z tego, że ktoś coś o mnie pomyśli? Że za bardzo się odsłaniam? To jest nie ważne, bo i tak się spotkamy i odsłonimy na samym końcu. A żyjemy ze sobą już tu na ziemi i możemy dawać z siebie to co najlepsze. Ja dzielę się tym, co u nas jest najlepsze – nie sobą, bo chcę to robić w pokorze i nie ja jestem tu bohaterem, ale nasze doświadczenia, z którymi mniej lub bardziej musimy sobie radzić. Jak każdy.

Jak trumna…

Był czas, kiedy w oczekiwaniu na narodziny Dominika powiedziałam kilku zaufanym osobom, że czuję się, jakbym była trumną  Na poród czekaliśmy prawie 4 doby ze świadomością, że w końcu musi on nadejść i może pojawić się w każdej chwili. To czekanie zdaża się, że trwa kilkanaście godzin, nam akurat przyszło oczekiwać dłużej, bo mój organizm nie reagował na leki tak od razu.

O tym moim samopoczuciu powiedziałam też Mężowi. To, co mi odpowiedział, mogłaby usłyszeć każda kobieta, która jest w tej sytuacji. Mi, jako osobie wierzącej, przyniosło to niesamowitą zmianę perspektywy. Oto jak wyglądała ta rozmowa:

Ja: Czuję się jak trumna.. 😢

Jacek: Ale Ty jesteś teraz jak Monstrancja, bo przecież nosisz świętego w sobie. Dominik jest już w niebie święty👼

Ja: Monstrancja na pewno nie, bo w Monstrancji Pan Jezus jest żywy, a Dominik nie żyje… Jednak jest to trumna…

Jacek: Racja. W takim razie jesteś jak relikwiarz 

I to było coś, co w tamtym momencie zmieniło o 180st moje myślenie o sobie